Alkoholowe sekrety autorki

08:34:00

Czy książka jest warta swojej ceny? Czy faktycznie zdradza cokolwiek, czego my, nie-koreanki, nie wiemy? Czy autorka zna się na tym, o czym pisze? Jakich kosmetyków wato używać? Przyznam, że po przeczytaniu książki szczękami mi opadła. Chcecie wiedzieć dlaczego - zapraszam do lektury. Zaczynamy!

Charlotte Cho, amerykanka koreańskiego pochodzenia, wyjechała do Korei bynajmniej nie w celu zgłębienia tajników pielęgnacji urody, jednak z racji zadomowienia poznała sekrety, którymi dzieli się z czytelniczkami w swojej debiutanckiej książce pt. “Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji”.
Przyznam, że książkę czyta się przyjemnie, jest napisana łatwym językiem i można mieć poczucie, jakby siedząc na kanapie z kubkiem herbaty przysłuchiwało się opowieściom. Przeczytanie dwustu trzydziestu stron zajęło mi dwa dni. Niestety drugiego dnia, po przeczytaniu połowy książki zorientowałam się, że czytam drugi raz niemal te same zdania. Nie, nie założyłam książki w złym miejscu i nie wróciłam do tego, co już czytałam. Autorka po prostu powtarza dwu- trzykrotnie to samo. Najpierw sądziłam, że brakowało stron by wydrukować książkę o odpowiedniej grubości, ale zaraz potem mnie olśniło! Najwyraźniej chciała upewnić się że my, przepracowane i przemęczone, kobiety zrozumiemy sens książki.
Czytasz pierwszy raz, bardzo dokładny opis co, jak i dlaczego. Nie rozumiesz, że należy wymyć dwa razy twarz, użyć peelingu, toniku, esencji, serum, maseczki, kremu pod oczy i kremu nawilżającego, a w wersji dziennej jeszcze kremu z filtrem SPF? Nie martw się, zaraz każda z tych rzeczy zostanie ponownie wyjaśniona. Przeczytałaś drugi raz i już rozumiesz? I tak, wszystko będziesz zmuszona przeczytać po raz trzeci, a dla tych, które czytać nie potrafią zamieszczono rysunki! Oczywiście z wyjaśnieniem o co chodzi. Już wszystkie wiemy o co chodzi? Uff.
Kiedy będziemy brnąć w gąszczu powtarzających się zdań, natrafimy po drodze kilka na ciekawych faktów: o saunach, z których korzystają Koreanki; o zabiegach w gabinetach kosmetycznych jakim się poddają czy o sokach wypijanych każdego dnia. Przyznam, że zaciekawiło mnie to, ale do koreańskiej sauny w życiu bym nie poszła - sam opis szorowania szorstką szczotką przez pracownice przybytku sprawiał mi ból.
Kolejną z ciekawostek, która nie obiła mi się wcześniej o uszy to ta, że są maseczki na noc, które stosuje się raz na czas zamiast kremu. Oczywiście samej zdarzało mi się stosować maseczkę (kremową, której się nie zmywa tylko zostawia do wchłonięcia) na noc, ale nie pomyślałabym, że producenci wpadli na pomysł jak dodatkowo zarobić na klientkach wciskając im ten sam kosmetyk pod inną nazwą. Z poleconych przez autorkę maseczek na noc tylko jedna, It Radiant Lace, Banila Co., ma dobry skład, na pozostałe nie wydałabym ani złotówki. Nawet za darmo bym z nich nie skorzystała! Jesteście zdziwione tym co napisałam? Czytajcie dalej - dopiero się zdziwicie!
Pamiętam ten głód wiedzy, to oczekiwanie na owe sekrety, które tak bardzo chciałam poznać! I po dwustu trzydziestu stronach na większość swoich pytań odpowiedzi nie znalazłam. Miałam nadzieję na jakieś masaże, techniki oklepywania czy chociażby słowo o cerze naczynkowej, ale nie doczekałam się. Odniosłam wrażenie, że autorka albo nie posiada wystarczającej wiedzy kosmetycznej albo napisała tę książkę tylko dla zarobku. Bo jak inaczej nazwać fakt, że przez całą książkę przestrzega przez alkoholem denaturowanego w kosmetykach, opowiada kilkakrotnie, jak wielkie robi szkody skórze, a akapit później wymienia polecane przez siebie toniki, sera i maski, które w składzie mają więcej alkoholu, niż niejeden drink w knajpie?! A uwierzcie, że sprawdzenie czy kosmetyk zawiera alkohol jest banalnie proste: patrzymy na skład i jeśli jest tam słowo “alcohol”, “alkohol”, “alkohol denaturowany” lub “alcohol denat.” (w zależności od języka), to znaczy że jest. Zero filozofii - każda z nas to potrafi.
Kiedy sprawdziłam składy polecanych przez nią kosmetyków byłam zbulwersowana - na trzydzieści pięć proponowanych kosmetyków, byłabym skłonna kupić pięć z nich. Reszta to festiwal alkoholu, parabenów, PEG-ów, silikonów i substancji drażniących. Oczywiście prawie wszystkie z tych kosmetyków są dostępne, a jakże, w jej sklepie internetowym! I zagadkę po co książka powstała mamy rozwiązaną. Cała książka straciła dla mnie na jakiejkolwiek wartości, bo jako czytelnicza czuję się oszukana i potraktowana bez szacunku.
Kiedy wściekłość opadła naszła mnie refleksja, że może autorka zamiast używać do twarzy polecanych przez siebie alkoholowych kosmetyków, piła je podczas pisania owej wątpliwej jakości pozycji wydawniczej i stąd taki efekt? Jeśli tak faktycznie było z niecierpliwością czekam aż skończy odwyk - może wtedy napisze coś bardziej sensownego.


You Might Also Like

3 komentarze

Popular Posts

Polecany post

3 skuteczne sposoby na wypadanie włosów!

Nadeszła wiosna! Wiem, ciężko w to uwierzyć patrząc za okno i ubierając zimową kurtkę ale według kalendarza nadeszła już miesiąc temu. ...

Obserwuj mnie :)

Google+ Badge

Subskrybuj